Czechy. Dolina Morawy. Spacer w chmurach. Wakacje majowe - 4 wyprawa. 30.04.2023
Dzień wcześniej były dinozaury, wieczorem dojechaliśmy do domu mojej siostry i jej męża. Jak to zwykle bywa po dłuższym rozstaniu spędziło się trochę czasu na plotach co tam się w minionym czasie działo i w ogóle.
Rano przy śniadaniu padł temat gdzie by tu wyskoczyć całą grupą bo przecież majówka się zaczęła i tylko chorzy siedzą w domach.
Nie wspominałam wam jeszcze ale siostra i jej mąż od kilku lat namiętnie spacerują po górach.
A ja, jako wyrodna matka nie znająca litości ani miłosierdzia dla swoich pociech, miałam ambitny plan przeczołgać moją brygadę przez kilka wzniesień.
Ale gdzie by tu wyciągnąć całe towarzystwo?
Pomysłów padało sporo.
Trochę dalej, trochę bliżej, tu drogo, tam nie drogo.
Padło w końcu na wieżę widokową Sky Walk w Czechach. Tak szczerze to zamierzałam pojechać na tą wieżę już w poprzednim roku gdy byliśmy z brygadą na wakacjach letnich w Polsce. Niestety intensywne przeziębienie które najpierw dopadło najmłodszego a później mnie położyło do łóżka na dwa dni z gorączką pokrzyżowały wszystkie wspaniałe plany jakie miałam na ten czas.
Dlatego szybko zdecydowałam się właśnie na tą wyprawę.
I nie była to wycieczka budżetowa. Był to chyba najdroższy wypad na tych wakacjach.
Nie żałuję ale po tym jak sprawdzicie ceny biletów to sami zrozumiecie o czym mówię.
Pogoda za oknem jakoś nie przekonywała do tego aby w ogóle się ruszyć z domu ale zdaniem siostry i jej męża w górach będzie ładnie. Oczywiście wszyscy sprawdziliśmy prognozę pogody na ten rejon na najbliższe kilka godzin. Nie było jakoś zachwycająco ale wystarczająco dobrze aby się zdecydować.
Decyzja podjęta. To zbieramy towarzystwo i wszystkie potrzebne rzeczy oraz prowiant na wyprawę.
Pewnie się zastanawiacie dlaczego taką kilku godzinną wycieczkę nazywam wyprawą.
Ci co czytają ten wpis i posiadają małe dzieci to wiedzą o czym mówię.
A dla reszty wytłumaczę.
Każda wycieczka w której uczestniczą dzieci poniżej 15 roku życia to jest wyprawa.
Nie dla dzieci. Dla nich jest to po prostu wycieczka lub kolejne fanaberie rodziców którzy gdzieś ich ciągną nie wiadomo po co i dlaczego.
Dla rodziców. To jest wyprawa.
Zapakuj, zaplanuj, przewidź wszystkie możliwe czarne scenariusze, przygotuj się na nie i zabierz wszystko co niezbędne i możliwe że będzie potrzebne. Łącznie wychodzi tego tyle jak by się człowiek wybierał na wyjazd trzydniowy. Tym bardziej, że ja ma czwórkę dzieci poniżej wskazanego wieku.
Tak że ten...
Zapakowawszy wszystko i wszystkich w auto (7-osobowe auta to jednak genialny pomysł) ruszyliśmy.
Trasa zajęła nam z Oławy około ponad 3 godziny gdyż nawigacja poprowadziła nas jakąś boczną drogą gdzie zakrętów co nie miara, widoków zapierających dech od groma a prędkość maksymalna to 50 km/h.
Na miejscu byliśmy trochę po dziesiątej. Parkingi już były pełne a ludzi jak na pielgrzymce.
Całe szczęście tym razem nie byłam jedynym dorosłym dzięki czemu nie trzeba było iść wężykiem tylko każdy złapał jedno z dzieci i szedł do przodu do póki nie weszliśmy na szlak.
Standardowa piosenka mojej brygady się rozpoczęła prawie po pięciu minutach marszu. " daleko jeszcze? ale ja nie chcę! mamo rączka, mamo czekaj, zmęczony jestem, nogi bolą! "
Po wejściu na pierwszy szlak trzeba było zrobić postój żeby nakarmić i napoić potworki z nadzieją że zamilkną choć na 15 min.Cel się powiódł i nawet doszłam do porozumienia z Miko że jak nie będzie marudził i ładnie szedł to może robić zdjęcia po drodze. Na koniec miałam masę zdjęć kałuż, drzew, szyszek i innych dziwnych ujęć. Ale za to trafiły się tez perełki które wam tu zademonstruję. I w końcu miałam kilka zdjęć których nie robiłam sobie sama.
Drugim fotografem był maż siostry. I tego dnia nie musiałam się martwić że trzeba zrobić zdjęcia bo później pamiątki nawet nie będzie.
Nie powiem wam jaka trasą szliśmy bo nier mam zielonego pojęcia. Trasę wyznaczał najwyższy z nas i za nim podążaliśmy. W połowie trasy stwierdziłam że chłopaki mają stanowczo nieodpowiednie buty do takich wspinaczek. Olo miał zbyt miękką podeszwę, a młodsi zbyt luźne zapięcia których nie dało się wyregulować. Mimo to dzielnie szli dalej tylko do czasu do czasu grając nam na nerwach.
Pogoda robiła się coraz ładniejsza, słonko od czasu do czasu przypaliło i mimo że w czapkach i kurtkach okulary przeciwsłoneczne były założone na każdym nosie. W odsłoniętych miejsca wiał bardzo zimny i przeszywający wiatr, w zacisznych człowiek gotował się w ubraniach. I tak co kilkanaście metrów albo się rozbieraliśmy albo ubieraliśmy.Gdy weszliśmy na dłuższy czas w zalesiony teren kurtki od razu poszły do plecaka razem z czapkami.
I tak sobie szliśmy i szliśmy aż przed trzecią w końcu osiągnęliśmy nasz cel.
Wieża widokowa Sky Walk.
W pobliżu jest również kolejka linowa, stok narciarski i zjazd saneczkowy, wejście na wiszący most, oraz restauracja.
Wcześniej nie kupowaliśmy biletów bo za bardzo nie wiadomo było czy się w czasie wyrobimy. Z dziećmi zawsze idzie się wolniej. I jest znacznie więcej postojów.
Na wieży jest też w drodze powrotnej możliwość zjechania zjeżdżalnią. Olo oczywiście od razu zaczął prosić o zjazd. Wykupiłam zjazd dla niego i dla siebie. Maluchy niestety nie kwalifikowały się do zjazdu z powodu zbyt niskiego wzrostu.
Jaszcze kilka naście metrów i byliśmy na samej górze.
Tam też jest atrakcja w postaci rozpiętej siatki pod którą sjest przepaść.
Przeszłam po niej, ale z duszą na ramieniu. Nie to co moi synowie, poza Leośkiem wszyscy wleźli na to diabelskie ustrojstwo i świetnie się bawili. Ja i Leoś również przeszliśmy ale tylko raz i nam to wystarczyło. Strachu więcej niż przyjemności.
To oczywiście subiektywne odczucie. Wam może będzie się podobało jak tam zajedziecie.
Widoki oczywiście są piękne.
Samo wspięcie się na górę sprawia w sumie przyjemność bo kładka nie jest zbyt stroma i bardzo szeroka. Ludzie wygodnie mogą się minąć wchodząc czy schodząc.
W drodze powrotnej była dość długa kolejka do zjeżdżalni bo obsługa kolekcjonowała worki do zjazdu z niższego poziomu.
Sam zjazd jest bardzo fajny i przyjemny choć sądziłam że będzie więcej adrenaliny. szczerze to zjeżdżalnie w Avifauna w Alphen a/d Rijn na placu zabaw są bardziej strome.
Ale tak jak już wcześniej wspomniała to jest odczucie subiektywne. To co dla jednego straszne dla innego fajne. Każdy musi sam ocenić czy się odważyć na zjazd.
Po zejściu z wieży wykupiliśmy przejście przez wiszący most. I choć sam most również ma siatkowaną podłogę to mniej się bałam niż na tarasie. Ludzi było już niewiele wiec nie bujał się też zbytnio na boki.
Teoretycznie spacer po moście odbywa się tylko w jednym kierunku ale wiele osób zawracało. Nie mam pojęcia czy później mieli problem z wydostaniem się za bramki bo my poszliśmy dalej. lekkim łukiem wróciliśmy szlakiem do wieży widokowej. Tam rozpoczęliśmy trasę powrotną. Ostatni odcinek zeszliśmy krótkim odcinkiem stoku narciarskiego a później już tylko chodnikiem do parkingu. Najmłodsi szli już tylko siłą woli o motywacją że na końcu trasy będą lody.
Co się okazało nie lada wyzwaniem ponieważ było już dość późno i większość sklepów była już pozamykana.
Całe szczęście na wylocie z miasteczka był całkiem spory supermarket który był nadal otwarty. Obietnica została dotrzymana, w aucie zapanowała absolutna cisza bo wszystkich zmogło zmęczenie i zasnęli. Nawet wieczorem po powrocie nie było problemu z pójściem do łóżek. Cała brygada miał dość. Ze mną na czele.


Komentarze
Prześlij komentarz