Majorka. Dzień drugi. Capdepera - d'Artà - Drach Caves

 

Kolejny dzień na przepięknej Hiszpańskiej wyspie .

Tego dnia nie czułam się zbyt dobrze, ciało powiedziało że ma dość ale głowa i hart ducha przekonały je że jeszcze coś się da z niego wykrzesać.

Tak więc po śniadaniu, spakowaniu tym razem większej ilości prowiantu i napojów wsiadłam na skuter i ruszyłam.

W planie miałam 3 punkty:

*Capdepera

*d'Artà

*Drach Caves (Smocze jaskinie)

Pogoda była dość wietrzna ale słonko zaczynało przyjemnie grzać i choć wszystko mnie bolało to jednak jazda jednośladem sprawiała ogromną przyjemność.

Do pierwszego punktu dotarłam dość szybko bo było można powiedzieć po sąsiedzku.

Miasteczko wywarło na mnie bardzo miłe wrażenie. Kamieniste wąskie uliczki oczywiście przyprawiłyby mnie o zawał serca gdybym jechała samochodem. Ale skuter świetnie sprawdzał się na takich drogach. I choć niektóre były dość strome i kręte to zdawał egzamin śpiewająco.


Moim głównym celem był Castell de Capdepera górujący nad całym miastem i widoczny z drogi gdy w poprzednie dni mijałam miasto. 

Wstęp na zamek kosztował 3 euro.

Na zamku wciąż prowadzone są wykopaliska i prace konserwatorskie jednak mimo to ogrom pracy który tam został już włożony cieszy oko i sprawia przyjemność spacerując ścieżkami do zwiedzania.

Z zamkowych murów roztacza się przepiękny widok na miasto oraz pobliskie nabrzeże.

Zamkowy kościół urzekł mnie swoją spokojną atmosferą, od wejścia czuć było zapach kadzidła a w tle płynęła cicha muzyka. W tym miejscu można było wyczuć obecność Boga ( a bynajmniej tak się poczułam ja). Tu możecie obejrzeć krótki film z wnętrza kościoła.


Dzwony nad kaplicą wciąż działają i co chwile rozbrzmiewają gdy jakiś zuchwały turysta z ciekawości pociągnie za sznury.

Dach kaplicy to również doskonałe miejsce aby podziwiać okoliczny krajobraz.

Z kapliczki ścieżka prowadzi do zamkowego ogrodu który został odtworzony. Można usiąść w cieniu drzew oliwnych i chłonąć atmosferę przeszłości. Wyobrazić sobie jak to wszystko wyglądało wieki temu i prawie dotknąć tamtych czasów.


W dawnej siedzibie gubernatora jest muzeum z wystawą rękodzieła a mianowicie wyplatanych koszy. znajdziemy również tam opisaną historię zamku, miasta oraz samej wyspy. 

Wokół zamku jest ścieżka którą można się przespacerować aby przyjrzeć się zewnętrznym murom. 


Z zamku chciałam odwiedzić miejscowy kościół widoczny z murów zamkowych niestety był zamknięty. Pokrążyłam jeszcze przez chwilę po mieście podziwiając budynki z jasnego kamienia i szarfy porozwieszane nad ulicami. Wróciłam do skutera i ruszyłam do punktu drugiego.

W samym zamku zrobiłam mnóstwo zdjęć i bardzo trudno było mi wybrać które z nich umieścić na blogu dlatego zrobiłam krótki filmik z kompilacją zdjęć. 


Fajne w Majorce jest to że wszędzie jest blisko a mimo wszystko jest tyle do zobaczenia że chyba nawet miesiąc ciągłego zwiedzania by nie wystarczył.

Do d'Artà dojechałam w ciągu kwadransa. To miasto jest troszkę większe i nie poświęciłam mu zbyt dużo uwagi. Jednak również wywarło na mnie miłe wrażenie. Przyznam bez bicia że czułam się na całej wyspie jak bym była w odpowiednim miejscu. Skierowałam swe kroki do największych zabytków w tym mieście czyli do Kościoła parafialnego pw. Przemienienia Pańskiego ( Esglesia de la Transfiguracio del Senyor)

Kościół jest dość sporych rozmiarów i jak to w zwyczaju mają takie budowle przytłacza odrobinę. Nie mniej watro zwiedzić jego wnętrze oraz nacieszyć oczy witrażami. Wspiąć się po wąskich stopniach na górny taras skąd doskonale widać całą panoramę miasta. Za kościołem znajdują się schody prowadzące do wyżej usytuowanego Sanktuarium San Salvador. Otaczają je mury po których można spacerować i podziwiać widoki jednak trzeba uważać ponieważ są w oryginalnym stanie więc nie ma żadnych zabezpieczeń. Wewnątrz sanktuarium można podziwiać kolekcję obrazów, relikwii oraz figurek. Jest również makieta przedstawiająca tereny kościoła oraz sanktuarium. Jeżeli jest się samochodem można podjechać na pobliski parking i stamtąd kontynuować zwiedzanie. W samym sanktuarium znajduje się restauracja. Jest to dogodne miejsce aby zrobić sobie postój w wycieczkowych eskapadach.
 

Troszkę już zmęczona i coraz bardziej w przygnębiającym humorze udałam się do kolejnego punktu na mojej liście na ten dzień.


Smocze jaskinie. Oj bardzo wiele się po nich spodziewałam zważywszy że są to największe jaskinie na wyspie. Dojechałam na miejsce akurat w samą porę aby zdążyć na ostatnią wycieczkę tego dnia. Co mnie ucieszyło to to że ulotka ona temat jaskiń była również w języku polskim. Za bilet zapłaciłam 15 euro. I mając w pamięci zwiedzanie z dnia poprzedniego liczyłam nawet na coś więcej. Niestety na oczekiwaniach się zakończyło. Cała grupa zwiedzających liczyła grubo ponad 100 osób. Żadnego przewodnika nie było. Wszystkie informacje były zawarte w ulotce i jak przeczytałeś wcześniej to super bo w trakcie nie było mowy o tym aby na chwilę przystanąć i przyjrzeć się na spokojnie formacjom skalnym. „strażnicy” wycieczki pilnowali aby zwiedzająca grupa nie rozciągała się zbytnio i miałam uczucie jak bym znajdowała się w jakimś stadzie popędzana przez pastucha. Zdjęcia robiłam prawie że w biegu. Jedyne co naprawdę poruszyło moją duszę był koncert na żywo orkiestry znajdującej się na łodziach płynących po wodach podziemnego jeziora. Akustyka wewnątrz jaskini sprawiała że miałam ciarki na całym ciele.

Filmowanie było zabronione. I mimo pokusy uszanowałam zasady.

Ale zrobiłam dla was małą kompilację zdjęć z wnętrza jaskini, mam nadzieję że się wam spodoba.



Wyjść z jaskini można było po długim moście lub płynąc łodzią. Wybrałam łódź oczywiście. Mimo to ucieszyłam się że ta wycieczka się skończyła.

Niestety moje samopoczucie obniżało się z każdym kolejnym przemierzonym metrem. I mimo że pogoda robiła się coraz ładniejsza kusiło mnie aby wracać już do pokoju i iść spać.

Całe szczęście moja wewnętrzna koza podpowiedziała mi abym sprawdziła co tam ciekawego może być w okolicy.

Jako miłośnik jednośladów jednym z moich celów wyprawy na Majorkę była chęć pokonania górskich tras właśnie takowym pojazdem. Na wycieczkę w co bardziej wysokie szczyty nie czułam się tego dnia na siłach. Ale moim oczom na mapie ukazała się górska ścieżka prowadząca do kolejnego religijnego punktu. Zawiłość trasy przekonała mnie aby jednak chociaż wybrać się w tamtym kierunku. A wewnętrzny głosik już się cieszył na zakrętasy na trasie.

Ustawiwszy nawigację na Puig de Sant Salvador. Tym razem trasa zajęła mi więcej czasu ale podziwianie krajobrazu Majorki, pastwisk, pół, sadów oliwnych czy pomarańczowych sprawiło że humor coraz bardziej mi się poprawiał.
Gdy dojechałam już pod samą górę i droga zaczynała się przyjemnie wić moja ekscytacja zaczęła rosnąć. A razem z nią obawy czy sobie poradzę, bo na takiego rodzaju drogach byłam pierwszy raz i tylko gdzieś tam w głowie kołatały mi strzępy informacji co trzeba robić przy podjazdach w górę. Ustawiłam sobie nagrywanie na telefonie i jazda do przodu. Czasem miałam dosłownie dusze na ramieniu. Zwłaszcza gdy zakręt był prawie o 180 stopni a z góry zjeżdżał inny uczestnik ruchu (rowerzysta, motocyklista czy też kierowca samochodu). W dodatku nie wszędzie droga od strony zbocza była zabezpieczona. Na moje oko to czasem była wręcz odbezpieczona. Niskie progi absolutnie nie chroniły przed spadnięciem w dół. No chyba że miały na celu pomóc się dostać na dół w przyspieszonym tempie gdy się na nie wpadnie.

Pokonywałam kolejne zakręty walcząc z własnym strachem, wiatrem i spięciem w mięśniach ze stresu. Gdy dojechałam już na parking na szczycie odetchnęłam z ulgą. Pot spływał mi po karku mimo że w sumie całą robotę odwalił skuter.

Sprawdziłam nagranie.

I się okazało że się wyłączyło po minucie jazdy.

O litości, naprawdę?!”

Pozostało mi tylko powtórzyć nagranie ale tym razem zjeżdżając z góry.

Ale wcześniej chwila podziwiania widoków.

Kurcze. Z tego miejsca można było zobaczyć całą wyspę. Jej góry, rozległe pola oraz brzeg łączący się z Morzem Balearskim. Tu króciutki filmik z tego miejsca.



Adrenalina krążąca ciągle w żyłach po podjeździe w górę oraz porywisty wiatr doskonale poprawiły mi humor. Mimo że gdzieś tam ciągle ciało marudziło że coś je tam gdzieś boli to jednak ten moment potwierdził że warto było ruszyć tyłek z łóżka.

Nie spędziłam tam zbyt dużo czasu. Nacieszyłam oczy widokiem i założyłam kask aby zjechać w dół. Co wcale nie znaczy że będzie łatwiej.

Ponownie włączyłam nagrywanie i tym razem upewniłam się że nie przestanie nagrywać. Ale nim zjechałam całkowicie na dół zatrzymałam się kilkanaście metrów niżej aby wejść na sąsiadujący szczyt. Tam doskonale było widać drogę którą przebyłam aby się tu dostać i aż się uśmiechnęłam. Przez myśl przemknęło mi „kurcze dałam radę” mimo że przecież mój strach miał ogromne oczy.

Spędziłam kilka minut podziwiając widoki. Słońce zaczynało chylić się już ku zachodowi a do Hostelu była, mimo wszystko, dość długa droga. Czas było ruszyć w drogę powrotną.

Wróciłam do skutera. Upewniłam się że nagrywanie jest włączone i ruszyłam w drogę.

Fani Jednośladów. Jeżeli czytacie ten tekst to koniecznie zobaczcie ten filmik. 



Od razu zaznaczam że czas przejazdu trwał około 10 minut tak mniej więcej. Żeby nie zabierać wam aż tyle cennego surowca jakim jest czas przyśpieszyłam go aby było można nacieszyć oczy widokiem krętej drogi nie nudząc się powolnym stylem mojej jazdy ;)

W drodze powrotnej nagrałam jeszcze kawałek drogi abyście mogli zobaczyć jak wygląda krajobraz Majorki.

Do Hostelu wróciłam już po zmierzchu. Padłam zmęczona na łóżko a później już był kolejny dzień.


Zapraszam was również na Facebooka gdzie umieściłam więcej zdjęć z tego dnia jak również z innych moich przygód

oraz na kanał YouTube gdzie są wszystkie moje filmiki


< Dzień Drógi                                                                                                                Dzień Czwarty >





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Legenda o Pannie z rybą.

Polska. Wrocław. Poszukiwanie krasnalów. Wakacje majowe - 2 wyprawa. 24-04-2023

Jak przetrwać przygotowania przed wyjazdem świątecznym