Majorka. Pierwsze wycieczki.

 Dzień drugi.

Majorka. Hiszpania. Maj. 

Powinno być ciepło i słonecznie.

A co ja widzę za oknem?

Deszcz.


Ale to nic. Sprawdzam prognozę pogody. Za 3 godziny przestanie padać. 

O nie tak długo nie będę czekać.

Pomagając sobie translatorem Google pytam się właścicielki Hostelu gdzie mogę zakupić płaszcz przeciwdeszczowy. 

Dużo śmiechu przy tłumaczeniu jak mam dojść do właściwego miejsca ale jakoś dałam rady. Dotarłam na miejsce. Pytam się ekspedientki o w.w. płaszcz. Podaje mi jeden. Przymierzam. Kupuję. Wychodzę na dwór i co? Przestaje padać. 

Bardzo dobry płaszcz przeciwdeszczowy. 

Polecam. Rozgania wszystkie chmury.


Ale tak na poważnie. 

Zaopatrzona we wszystko co potrzebne. A bynajmniej tak mi się wydaje, wyruszam aby ruszyć na górskie szlaki. 

No ale ale chwila moment. A plaża? Kąpiel w oceanie? Opalanie?

Jak by to ująć ....

Morsowanie nie jest w moim stylu, a przeziębić się na samym początku wyjazdu byłoby totalna głupotą. Jednak plaże znalazłam aby choć zanurzyć ręce w wodzie. Kilka fotek. Chwila relaksu i dalej w drogę.




Dojeżdżam na parking gdzie zaczynają się ścieżki. Parkuje skuter i ruszamy w stronę grot d'Arta. Oczywiście kierunek pi razy drzwi znam. Plan miałam taki że najpierw pójdę brzegiem a wrócę przez górskie szczyty.




Efekt był taki że cały czas szłam przez góry bo brzeg był klifowy. Bardzo piękny ale nie dało się za bardzo nim iść.



W drodze do jaskiń zaliczyłam dwa wzniesienia i ze trzy razy zgubiłam szlak.
Pomijam fakt że na początku w ogóle nie szłam szlakiem. No bo ambitnie miało być brzegiem.
Ale po pierwszym kilometrze gdy przypadkiem trafiłam na szlak i o dziwo prowadził w kierunku w którym chciałam to stwierdziłam że jednak utarta ścieżka nie jest aż taka zła.

Tym bardziej że nie była aż tak utarta. Kamienista, nie równa i pod górę. Ale dobrze oznaczona. Z nią weszłam na pierwsze wzniesienie.


 

Na drugie wdrapałam się korzystając z kozich ścieżek.

Tak. Dobrze czytasz. Szłam za śladem kozich bobków. Bo tamtego szlaku nie znalazłam po tym jak lekko zboczyłam z trasy. Więc skoro kierunek mnie więcej znam. I kozy dają radę tedy przejść to ja też dam radę. 






Widoki były przepiękne. Wiatr wiał ale nie było źle.

Na postoju zorientowałam się że jednak nie byłam przygotowana. Prowiant w postaci owoców był. Ale o wodzie zapomniałam.

Nie przejęłam się tym zbytnio. To jaskiń było niedaleko. Tam na pewno będzie jakiś sklep. A owoce były wystarczająco soczyste.


Zejście z gór nie było już takie łatwe. Nie znalazłam żadnego szlaku który prowadziłby na dół. W ogóle żadnego szlaku nie znalazłam. Szukałam w miarę bezpiecznego zejścia. W końcu doszłam do wniosku że dam radę kawałek ścianki zejść pionowo skoro dalej jest już w miarę dobre zejście i widać DROGĘ. 

O dziwo nie zleciałam. 

Zeszłam do drogi. Szybkie sprawdzenie jak mam dojść do jaskiń.



Cholera. Idąc drogą musiałabym nadrobić przynajmniej kilometr jak nie więcej. 

Kolejne zejście zboczem? Byłam już zmęczona i spragniona. Nie czułam się na siłach aby nadrabiać drogi. Decyzja była szybka. Brzegiem prywatnej posesji szybko zeszłam do kolejnej drogi która już prowadziła do jaskiń.

Tam zakupiłam bilet i wodę. O nektarze bogów. 


Kolejna wycieczka z przewodnikiem zaczynała się za 10 min. Miałam chwilę by odsapnąć. 

Przewodnik rozmawiał w 4 językach. Angielski, niemiecki, francuski i hiszpański. Ciekawie opowiadał o kolejnym komnatach jaskini oraz formacjach skalnych. Grupa nie była duża może z 30 osób max. Dokładniejszą relacje z jaskini d'Arta znajdziesz tutaj (wybacz nadal nad nią pracuję).

Cała wycieczka nie trwała nawet godziny. Po wyjściu uprzejmy pan kasjer ze sklepiku podłączył mi telefon pod ładowarkę. Bo swojej oczywiście nie wzięłam. 

Zasięgnęłam również informacji jak dostać się do szlaku który prowadzi na kolejne wzniesienie które chciałam zaliczyć w drodze powrotnej. Już nie chciało mi się przedzierać na przełaj. 

Uzbrojona w wodę, snikersy oraz informacje jak dojść do szlaku, ruszyłam w drogę powrotną.

Szczyt osiągnęłam dość szybko. Fajne widoki. Wieża bez drzwi. Spoko.

Ale jak dojść do skutera?

Żadnych oznaczeń żadnej mapy nic kompletnie. Z góry zauważyłam ścieżkę. Prowadząca zdaje się w tym kierunku co chciałam. A bynajmniej taka miałam nadzieję. Ale było jedno ale. Jak do niej się dostać. Nie widziałam ze szczytu aby prowadził do niej jakiś szlak. A ścianka która do niej się przytulała była stroma. 

Zauważyłam że tam też było pełno dowodów że kozy tamtędy chodzą. A skoro one mogą to ja też dam radę. Pozwoliłam się prowadzić mojej wewnętrznej kozie. I udało się. Z duszą na ramieniu ale się udało.



a oto jak wyglądała ścianka po której zeszłam kozią ścieżką


Na szlaku spotkałam innych piechurów i potwierdzili że ten szlak prowadzi tam gdzie zaczęłam. Tym razem pilnowałam się żeby nie zgubić oznaczeń.

Oj dawno nie cieszyłam się tak na widok transportu do domu.

W drodze powrotnej zahaczyłam jeszcze o Lidla. Zrobiłam małe zapasy spożywcze.

Wieczór spędziłam z piwem i lodami w ręku owinięta ręcznikiem i kocem po gorącej kąpieli. 


Więcej zdjęć zamieściłam na moim Facebooku i tam właśnie was zapraszam.


< Dzień Pierwszy                                                                                                                Dzień Trzeci >



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Polska. Wrocław. Poszukiwanie krasnalów. Wakacje majowe - 2 wyprawa. 24-04-2023

Legenda o Pannie z rybą.

Jak przetrwać przygotowania przed wyjazdem świątecznym